Adam Lach - gość galerii. Dzieci z Biesłanu.
To był bardzo gorący dzień - lato w Biesłanie jest zawsze ciepłe. Czasami temperatura w cieniu przekracza 40 stopni. Dziedziniec szkoły jest duży, dlatego każdego roku stoją na nim również rodzice najmłodszych uczniów. Jest jedno wyjście, ogrodzenie i przejście do dużej sali gimnastycznej. Tego dnia zaraz po rozpoczęciu apelu miało być pasowanie pierwszaków na uczniów podstawówki. Najmłodsze dzieci stały w głębi dziedzińca. Skąd o tym wiem? Od Żeni i Arsena (fot. Żenia i Arsen), uciekinierów ze szkoły w Biesłanie. Chłopcy uniknęli śmierci, bo spóźnili się na apel i zdążyli uciec jedynym wyjściem sprzed dziedzińca. – Wbiegli w maskach i wybuchła panika. Wszyscy zaczęli uciekać. Przewracali się. Najmłodsi nie mieli szans – mówi Żenia. Pytam, kto był w maskach. – Czeczeńcy. Widziałem dziesięć osób. Były wśród nich kobiety, które obwiązały się granatami. Pognali wszystkich do sali gimnastycznej. - Myśleliśmy, że to nieprawda. Jak zaczęli strzelać, myśleliśmy, że to żarty. Kiedy biegliśmy przez podwórka, oni zabijali już mężczyzn – mówi Arsen. Pytam, skąd wiedzieli, że trzeba uciekać. – To odruch – mówi Żenia. Kiedy przyszli spóźnieni, zobaczyli ludzi z maskach, którzy otaczali kordonem cały dziedziniec. Żenia pobiegł do kotłowni szkolnej i tam przesiedział dwie godziny. Wygarnęli go milicjanci, którzy w tym czasie jego dom zmienili w twierdzę. – Mieszkam sto metrów od szkoły. Czeczeńcy strzelali w nasze okna przez trzy dni. Dlatego mieszkaliśmy na podwórku. Kto miał szansę tego dnia? Spóźnialscy, leniwi, ci, którzy rozchorowali się w czasie wakacji i najstarsi uczniowie, bo tylko oni mogli szybko zareagować. Stali bardzo blisko wyjścia. Kto przegrał? Najmłodsze dzieci z głębi dziedzińca, ich rodzice, nauczyciele, sprzątaczki i woźny
Fotografie, które tu zamieszczam, powstały w ciągu pięciu dni. Widok tych dzieci, jak i świadomość tragedii od której ciężko się uwolnić, obawiałem się za zaważą na estetyce mej fotografii. Zostałem jednak szybko zaakceptowany przez nich. Przez całe dnie patrzyłem na nich, przez całe dnie dostrzegałem ten dramat, który jeszcze tkwi w nich. Pamiętają każdą sytuacje, każdy fragment tamtego dnia. Niekiedy bawili się razem, choć trwało to tylko parę chwil, często zaś popadali w zamyślenie, które poświadczało o tym, że tragedia w Biesłanie diametralnie przekształciła i zniszczyła ich dzieciństwo. Nie pragnąłem pokazywać dramatu, chciałem poznać ich osobowości uwikłane w relacje międzyludzkie jaką nakazuje zwykła codzienność. Pozwolili mi na to, albowiem zaufali mi, ja zaś pokochałem ich.
Adam Lach: ribcord@interia.pl, tel: 503-197-496
|